czwartek, marca 31

Moja pierwsza legacja cz. III - Podróż

Prizren i Nisz są oddalone od siebie o niecałe 200 km i trasa ta – teoretycznie rzecz biorąc – powinna zabrać mniej więcej 3 godziny. Gdy istniała stara, dobra Jugosławia, czyli do końca lat 90 tych, tyle czasu z pewnością było potrzeba aby ten dystans pokonać. Dzisiaj sprawy są oczywiście troszkę bardziej skomplikowane. Podstawowym problemem jest pieczątka w paszporcie, którą otrzymuje każdy kto wylądował na lotnisku w Prisztinie. Od czasu zakończenia wojny i ustanowienia w Kosowie protektoratu ONZ, każdy nowo przybyły cudzoziemiec dostaje stempel tej organizacji. Na pierwszy rzut oka wygląda on całkiem imponująco: stempel ONZ, wow, extra… Nie wzbudza natomiast ten znaczek euforii wśród serbskiej policji granicznej, a dokładniej uniemożliwia on przekroczenie granicy (czy jak wolą Serbowie – „strefy buforowej”) kosowsko – serbskiej. Według serbskich władz jest on równoznaczny z nielegalnym wkroczeniem na terytorium, które oficjalnie podlega ich jurysdykcji. W rzeczywistości jest to tylko zwykła złośliwość, utrudniająca podróżowanie cudzoziemcom. Ja miałem takich znaczków kilka i musiałem jechać „na około”, czyli przez Macedonię. Najlepszy transport w tym przypadku to autobus ONZ, którym każdy cudzoziemiec może za darmo dostać się z Prisztiny do Skopje. Niecałe dwie godzinki i jestem w stolicy Macedonii. Stąd już bezpośrednio mogę dostać się do miejsca destynacji – Niszu.

Wątpliwości i obawy

Teoretycznie wszystko powinno pójść jak z płatka ale było kilka znaków zapytania, które pojawiały się w mojej głowie na skutek niepokojących sytuacji eskalujących w regionie. Ogłoszenie niepodległości spowodowało manifestacje i protesty Serbów w Czarnogórze oraz Bośni. W Belgradzie tłumy protestujących zaatakowały ambasadę USA i Słowenii, której pech polegał na tym, że w tym czasie przewodniczyła Unii Europejskiej. Amerykanie ze względów bezpieczeństwa zdecydowali się nawet ewakuować swój personel dyplomatyczny ze stolicy Serbii.


  
          Na radykalne posunięcia zdecydowały się też władze Serbii, które wydały nakaz aresztowania Premiera, Prezydenta i Przewodniczącego Parlamentu Kosowa. Serbskie media natomiast, porównywały decyzję państw uznających niepodległość nowopowstałej republiki do polityki III Rzeszy i faszystowskich Włoch, które również „odrywały” części ziem serbskich przy akceptacji społeczności międzynarodowej. Na domiar tego wszystkiego Polska, jako pierwsze państwo słowiańskie, uznała już niepodległość Republiki Kosowa. Wszystkie te wątki napędzały trochę moją wyobraźnie. Były to jednak w większości tylko przekazy medialne, a media – jak to media – mają w zwyczaju czasem zanadto wyolbrzymiać… Moja strategia była prosta: po wjechaniu do Macedonii porozumiewam się tylko w języku serbsko-chorwackim, a jeśli nie będę znał jakiegoś słówka to pomagam sobie, równie słowiańską, polszczyzną.
- Do domu, do Serbii jedziemy, tak? – pyta głośno uśmiechnięty kierowca autobusu na dworcu głównym – Ale chyba się podobało w Macedonii i planujemy powrót, co?
Po drugim pytaniu uśmiechać zaczęli się już prawie wszyscy pasażerowie. Odparłem, również szeroko uśmiechnięty, że Macedonia nie może się nie podobać i wrócę tu jak tylko pojawi się okazja. Miło zrobiło mi się też z tego powodu, że przez lokalnych, ex-Jugosłowian, potraktowany zostałem jak swój. Wszystko szło lekko i miło. Po niecałej godzinie zatrzymujemy się na granicy z Serbią. Minimalny niepokój wzbudzała tylko we mnie ewentualna kontrola mojego plecaka przez celników. Miałem w nim jakby nie było trochę albańsko i angielskojęzycznych materiałów promocyjnych DOKUFEST. Niby nic takiego ale z drugiej strony było to wystarczająco dużo aby uznać mnie za jakiś podejrzany charakter, któremu w głowie polityczna propaganda… Tak przynajmniej mi się wydawało. Jako, ze siedziałem zaraz obok kierowcy byłem też pierwszym do kontroli. Po chwili postoju duży, brzuchaty celnik, wczłapawszy się po schodach, sapiąc przy tym niemiłosiernie, przywitał się z kierowcą i zamienił z nim kilka słów, które obydwoje spuentowali szczerym śmiechem. Po chwili obrócił się w moją stronę i poprosił o paszport. Po jego otrzymaniu spojrzał się na mnie i pyta:
- Poljak, aaa? Kako sporazumemo se?
- Normalno – odparłem z uśmiechem.
Celnik-brzuchal również się uśmiechnął i zaczął kartkować mój paszport. W końcu dojechał do pieczątek ONZ i spytał co robiłem w Kosowie. Odpowiedziałem, ze pracuję z mniejszościami narodowymi. Po chwili namysłu oddał mi paszport  i miło się pożegnał. Teraz pozostało już tylko bezpiecznie dojechać do Niszu. 

środa, marca 16

Moja pierwsza legacja cz. II - Przygotowania

Misje o charakterze jednorazowym od starożytności stanowiły główne narządzie dyplomacji. Organizowano je ad hoc a ich czas uzależniony był od potrzeb. Wysyłano na nie szczególnie zaufanych dworzan, których najczęściej nazywano, z łaciny; legatus (wysłannik) lub oratore (mówca – co odwoływało się do umiejętności perswazji i przekonania słuchacza). Mając na uwadze dość nietypowy cel i całkiem szczególne okoliczności mojej misji, stwierdziłem, że muszę się do niej odpowiednio przygotować i dowiedzieć się więcej o miejscu destynacji.

Ναϊάδες – Naissus – Ниш – Niš – Niş

Naissus był jednym z wielu miast Półwyspu Bałkańskiego zajętych przez Rzymian w I wieku p.n.e., którzy projektując sieć dróg na nowo zdobytym terytorium zdecydowali, że będzie on jednym z głównych przystanków na Via Maritis – trasie łączącej Singidunum (dzisiejszy Belgrad) z Bizantium (dziś Istambuł). Etymologia nazwy Naissus („miasto nimf”) wiąże się z pochodzącym z mitologii greckiej terminem Ναϊάδες, który odnosi się do nimf wód lądowych (wodospadów, potoków, strumieni, źródeł rzek, jezior). Niš jest też identyfikowany jako mityczna Nysa, gdzie miał wychowywać się Dionizos, grecki bóg ekstazy, dzikiej natury, imprez i wina. Przyznam szczerze, że przy czytaniu tej informacji zadrżała moja wątroba…
Niš jest tym samym jednym z najstarszych miast na Bałkanach, a przez swoje strategiczne położenie, już od starożytności postrzeganym jako wrota między wschodem a zachodem. Jego lokalizacja była zarówno źródłem bogactwa i prosperity jak i tragedii oraz katastrof. Od III wieku n.e., kiedy to Cesarz Klaudiusz II stoczył tu zwycięską bitwę z Gotami miasto było jednym z głównych celów ataków najeźdźców z północy i południa. Przez następne tysiąclecie Hunowie, Awarowie, Słowianie, Bizantyjczycy, Bułgarzy, Węgrzy, Grecy, Serbowie i Turcy po kolei zdobywali miasto oraz kontrolowali je przez dłuższy lub którzy czas. Ostatni z nich, Turcy Osmańscy, rozgościli się tu na 300 lat czyniąc z Nişu administracyjne i militarne centrum regionu… Na razie to tyle jeśli chodzi o podróżowanie w historię.
Dziś Ниш jest trzecim co do wielkości miastem w Serbii oraz ważnym ośrodkiem przemysłowym, kulturalnym i edukacyjnym. Pozarządowa organizacja Youth Initiative for Human Rights w swojej działalności stara się łączyć kulturę z edukacją. Projekt „DOKUFEST in Niš” miał polegać na promocji prizreńskiego festiwalu w Serbii, ale też na uświadamianiu lokalnej społeczności o rozwijającej się prężnie w Kosowie działalności kulturalnej. Całość trwać miała dwa dni, podczas których zaprezentowane miały byś filmy z wszystkich byłych republik jugosłowiańskich, które wyróżniono w Prizren w poprzednich latach. Jako legatus DOKUFEST miałem tam reprezentować festiwal, a skoro byłem też oratore, musiałem podczas ceremonii inauguracyjnej wygłosić krótką mowę, która przekonałaby słuchaczy do odwiedzenia Prizren podczas kolejnych festiwali.
Natenczas były to wszystkie informacje jakimi dysponowałem. Przygotowaliśmy trochę katalogów, plakatów i ulotek z poprzednich festiwali, które miałem zabrać za sobą i wszystko było gotowe. Pozostało tylko czekać na dzień wyjazdu.

poniedziałek, marca 7

Moja pierwsza legacja cz. I - Prolog

17 lutego 2008 roku, o godzinie 15.51 Premier Kosova, Hashim Thaçi proklamował niepodległość Kosowa, którą parlament zatwierdził kompletną większością głosów (109-0; przy nieobecności reprezentantów partii serbskich). Międzynarodowy wydźwięk tego aktu, reakcje zainteresowanych państw, w tym przede wszystkim Serbii i jej sojuszników, można było śledzić w mediach ale po pewnym czasie zaczynały od tego puchnąć uszy. Potok słów płynął już od dawna. Praktycznie od 1999 roku trwały zapewnienia, obiecanki i deklaracje rozwiązania sporu oraz stworzenia warunków, w których zwaśnione strony będą mogły żyć w pokoju. ONZ zapewni to, USA pomoże w tym, UE w tamtym, i tak jakoś to szło przez prawie całą dekadę.



Po deklaracji trochę zmieniła się atmosfera. W Prizren było jak zawsze spokojnie i wszystko kołysało się powoli ale wyczuwalne było napięcie. Ekscytacja, ogólne podniecenie i wyczekiwanie na następny krok. Wojska NATO się reorganizowały, policji (wszystkich trzech rodzajów) było na ulicach trochę więcej niż zwykle. Różne były też reakcje poszczególnych społeczności. Cyganie, z którymi pracowałem, byli trochę przestraszeni. Brało się to z niepewności co do poszanowania ich praw w nowym państwie. Niepewność przejawiała się też wśród Turków, Bośniaków i innych muzułmańskich Słowian. Niepewność ta napędzała tworzenie najróżniejszych scenariuszy. Kiedy coś się wydarzy i jak zareagują ludzie w Prizren? Co zrobią Serbowie w pobliskiej Brezovicy? Nie brakowało tez mitomanów, którzy „słyszeli” o mobilizacji wojsk serbskich przy północnej i wschodniej granicy. Do tego wszystkiego wśród Serbów zamieszkałych na północy zaczęły organizować się grupy protestu, które czasem przybierały formy bardzo agresywne. Sporadyczne ataki na posterunki przygraniczne, częstsze niż zwykle manifestacje w Mitrovicy etc. Wszystko to zaczęło mnie męczyć do tego stopnia, że zdecydowałem się wziąć wolne. Chociaż na chwile wyjechać, ale nie do innego miasta, a zawłaszcza nie do Prisztiny, w której wszystko jest jeszcze bardziej intensywne. Odpocząć od chaosu i spekulacji w miejscu, gdzie ludzie żyją innymi sprawami niż niepodległość Kosowa. Macedonia była pierwszą opcją ale liczyłem, że jakimś cudem pojawi się inna.
Los uśmiechnął się do mnie szeroko bo tego samego przedpołudnia kiedy zapadła decyzja o urlopie, nakreślił się jego szczegółowy plan. Wszystko to wydarzyło się kiedy po drodze do pracy zatrzymałem się w siedzibie DOKUFEST, gdzie przy porannej kawie z papierosem podzieliłem się swoimi przemyśleniami dotyczącymi męczącej sytuacji w mieście oraz planem wyjazdu. Okazało się, że moment był idealny, ponieważ DOKUFEST planowało zorganizować razem z Youth Initiative for Human Rights, festiwal filmowy w Niszu (Serbia) ale w zaistniałej sytuacji trudno było im znaleźć kogoś, kto by ten projekt zrealizował. Po krótkiej dyskusji padła konkluzja:
- Na granicy nie możesz mieć żadnych problemów: Jesteś Polak (Unia Europejska), mówisz po serbsku (słowiański brat i w dodatku zna „naszą” mowę) i wyglądasz jak tutejszy (Bałkany). Nie chcesz podjąć się tego zadania?
Ofertę przyjąłem i tym samym stanąłem przed perspektywą swojej pierwszej w życiu legacji.

czwartek, lutego 3

Panowie Pustyni Negew

Droga numer 90 zaczyna się w okolicy Metuli, najdalej wysuniętym na północ mieście Izraela, a kończy w Elat, jedynym izraelskim porcie nad Morzem Czerwonym. Łączy Galileę, najludniejszą, najbardziej żyzną i bogatą część kraju z pustynią Negev, zajmującą 60% jego powierzchni, choć najmniej zaludnioną. Dla współczesnych Izraelczyków z miejscem tym łączy się przede wszystkim historia jednej postaci – Bena Guriona, urodzonego w Płońsku, współtwórcę i pierwszego premiera Izraela. Uważał on, że Negev jest rejonem kluczowym dla rozwoju kraju, i tym samym jego przyszłością. 


Największym efektem zainicjowanego z wielkim rozmachem projektu kolonizacji pustyni Negev jest Uniwersytet im. Bena Guriona, prężny ośrodek naukowy specjalizujący się w technologiach przetwarzania energii słonecznej. Dzisiaj Izrael jest liderem w dziedzinie pozyskiwania energii z tego źródła, a mieszkańcy kibuców i miast Negevu dumni są z tego, że udało im się okiełznać tak surowe środowisko. Nie są oni jednak pierwszymi gospodarzami tej części Bliskiego Wschodu, którzy potrafili w tak surowych i nieprzyjaznych warunkach stworzyć bogatą i kwitnącą kulturę.


Edomici i Nabatejczycy

Edomici byli ludem należącym do hebrajskiej gałęzi Semitów, blisko spokrewnionym z Izraelitami, z którymi przez stulecia prowadzili krwawe wojny. Zamieszkiwali ziemie położone między Morzem Martwym i Czerwonym, które dzisiejsza trasa 90 przecinałaby dokładnie na pół. W V wieku p.n.e. zostali wyparci ze swoich siedzib przez napierający z Pustyni Arabskiej lud Nabatejczyków i osiedlili się w części Judy, na południe od Hebronu. Z czasem Edomici zostali podbici przez Izraelitów, którzy narzucili pokonanym swoje obyczaje i wierzenia ale także traktowali ich z pogardą.
Nabatejczycy natomiast rozpoczęli budowę kupieckiego państwa, które z czasem urosło do rangi lokalnego imperium. Na terytoriach kontrolowanych przez Nabatyjczyków, zwanych wtedy Nabateą, krzyżowały się prawie wszystkie szlaki karawanowe Bliskiego Wschodu ze słynną tzw. Drogą Królewską z Petry przez Amman do Damaszku. Najważniejszym regionem było pasmo gór Es Szara, ze stolicą Petra (z legendarnym, wykutym w skale „Skarbcem Faraona” znanym wszystkim miłośnikom filmu Indiana Jones i Ostatnia Kruciata).


Ich karawany kursowały między portami Zatoki Perskiej, Oceanu Indyjskiego, Morza Czerwonego i Śródziemnego, zatrzymując się w licznych pustynnych miastach – koloniach kupieckich. Przykładem tego typu osady jest Avdad, główny przestanek między stolicą państwa a najważniejszym portem nad Morzem Śródziemnym w Gazie.











Regres Nabatei rozpoczął się w 106 roku, kiedy to została ona oficjalnie włączona do Imperium Rzymskiego, i przemianowana na prowincję Arabia ze stolicą w Bostrze (dzisiaj w Syrii). Rzymianie przejęli wtedy kontrolę nad szlakami handlowymi pozbawiając tym samym tę kupiecką społeczność głównego źródła dochodu. Nie spowodowało to jednak upadku Nabatyjczyków, którzy znaleźli inny sposób na zagospodarowanie pustyni. Od tego czasu pierwszoplanowym zajęciem „Panów Negevu” stała się  produkcja wina oraz oliwy z oliwek. Produkty te dawały w tamtych czasach dochód zbliżony do tego, który dziś daje państwom regionu ropa naftowa.
Kres Nabatei miał nadejść w VII wieku i co ciekawe, spowodowali go najeźdźcy z południowego wschodu, z tej samej strony, z której  ponad tysiąc lat wcześniej przybyli Nabatejczycy. W krótkim czasie ich większość uległa islamizacji i arabizacji. Dzisiaj ich dziedzictwo znaleźć można w Jordanii, Izraelu i Arabii Saudyjskiej. Najciekawszy przykład spuścizny Edomitów, Izraelitów i Nabatejczyków łączy się z osobą Heroda – biblijnego Króla Judei. Dla chrześcijan utożsamiany jest on z potworem, który obawiając się nadejścia króla żydowskiego (Jezusa Chrystusa) nakazał rzeź niemowląt z okolic Betlejem. Dla Żydów jest on brutalnym choć miłującym sztukę królem, za którego panowania zbudowano liczne miasta twierdze (w tym słynną Mesadę) oraz odbudowano Świątynię Jerozolimską, najświętsze miejsce dla wyznawców Judaizmu. Dzisiaj miejsca związane z Herodem są jednymi z głównych atrakcji turystycznych Ziemi Świętej. Gdzie tu Edomici i Nabatejczycy możnaby spytać?
Otóż ojcem Heroda był Antypater, Edomita, którego talent i przedsiębiorczość wyniosły na najwyższe stanowiska. Jedną z jego decyzji było skoligacenie się z Nabatejczykami, „ludem wówczas bogatym i możnym”. Zdecydował się więc poślubić Kufrę, przedstawicielkę znakomitej rodziny nabatejskiej. Owocem ich związku był Herod, zwany później Wielkim. 


środa, stycznia 19

Amalfi w Ziemi Świętej

W 977 roku Muhammad Abū’l-Qāsim Ibn awqal, urodzony w Bagdadzie arabski pisarz, geograf i kronikarz tak oto opisał swoje wrażenia po wizycie w Amalfi:

I jest jeszcze Amalfi, najzamożniejsze miasto Lombardii, najszlachetniejsze, jakże wykwintne i dzięki warunkom, jakie tu występują najbardziej prestiżowe. Niesamowicie bogate. Jego terytoria graniczą z Neapolem, pięknym miastem, ale nie tak istotnym jak Amalfi.

Amalfi było pierwszą potęgą morską, jaka uformowała się na Półwyspie Apenińskim, przed Wenecją, Genuą i Pizą. Amalfiańscy kupcy dzięki swoim kontaktom z Arabami zapoczątkowali w chrześcijańskiej Europie produkcję papieru a żeglarze, jako pierwsi wśród Europejczyków wprowadzili do użycia w nawigacji kompas. Stworzone tam w 12tym wieku Tabula Amalphitana, czyli pierwsze skodyfikowane prawo morskie, przez następne stulecia było używane jako wzór przez inne morskie imperia. Zasługi tej społeczności i jej wkład w cywilizację europejską to bez wątpienia temat na ciekawą książkę, której jeden z rozdziałów dotyczyłby z pewnością wpływu kupców z Amalfi na dzisiejszy system opieki nad chorymi.

Szpitale i Szpitalnicy w Jerozolimie

Arabowie jako pierwsi zaczęli w średniowieczu separować ludzi chorych od zdrowych i próbowali ich leczyć, tworząc w ten sposób zalążki szpitali. Mauristan to perskie słowo oznaczające szpital bądź hospicjum. Nazwę taką nosi fragment dzielnicy chrześcijańskiej w Jerozolimie, między Bazyliką Grobu Świętego a Kościołem Jana Chrzciciela, gdzie dzisiaj znajduje się Souq Aftimos (Grecki Bazar).




Tradycja mauristanu sięga czasów Karola Wielkiego i jego przyjaźni z kalifem Harun-al-Rashidem, znanym z Baśni Tysiąca i Jednej Nocy. Zgodnie z legendą, wysłani przez Karola Wielkiego mnisi frankijscy mieli udać się do Kalifa w 799 i zaoferować mu przyjaźń władcy Franków. Ten w dowód wdzięczności otworzył hospicjum dla „wszystkich pielgrzymów do Jerozolimy mówiących w języku Rzymu (Łacinie)” oraz podarował nowemu przyjacielowi zegar, który wygrywał co godzinę piękne melodie. Nieznane urządzenie wzbudzało szereg podejrzeń, szczególnie przez dziwne i tajemnicze dźwięki jakie z siebie wydobywało. Świta Karola solidarnie uznała je za zaklęte po czym doradziła królowi jego zniszczenie. Hospicjum natomiast działało i rozwijało się. Mnich Bernard odwiedził je w 870 i odnotował działający przy nim Kościół Św. Marii oraz bogatą bibliotekę. 
Ten stan rzeczy trwał do czasu kiedy kalif Al-Hakim (szalony władca fatymidzki, o którym więcej tutaj) zdecydował o zniszczeniu większości chrześcijańskich i żydowskich miejsc kultu. Po jego śmierci na scenę wkraczają kupcy amalfijscy, którzy w oryginalny sposób potrafili połączyć pobożność i zyskowność.
W latach siedemdziesiątych 11go stulecia rozpoczęli projekt budowlany, w którego efekcie obszar mauristanu zabudowano trzema kościołami wraz z przylegającymi do nich hospicjami; dwa pod patronatem Św. Marii (jeden dla pielgrzymów płci pięknej a drugi męskiej) a patronem trzeciego został Jan Chrzciciel. Administrowanie budynkami powierzono Benedyktynom.
Ruiny tego co pozostało po dwóch pierwszych ostatecznie rozebrali Grecy w 1907, kiedy to zbudowali swój Souq Aftimos. Hospicja prawdopodobnie zlokalizowane były w miejscu centralnego skweru, na środku którego stoi sucha fontanna. Kościół Jana Chrzciciela, choć po licznych przebudowach, stoi po dziś dzień a jego jasna kopuła widoczna jest już przy głównym wejściu do bazaru. Jest to najstarszy kościół w Jerozolimie i to właśnie z tym miejscem wiążą się początki zakonu Szpitalników, znanych też m.in. jako Joannici czy też Kawalerzy Maltańscy.
W 1099 roku, po zajęciu Jerozolimy przez Krzyżowców, zarządca kościoła Św. Jana przyjął grupę rycerzy, rannych podczas oblężenia miasta. Część z nich po dojściu do zdrowia zdecydowała się zostać w hospicjum i służyć rannym. Po dziesięciu latach, urodzony w Amalfi Gerard Thom utworzył  Zakon Rycerzy Szpitala Św. Jana Jerozolimskiego, który „będzie opiekował się chorymi i chronił pielgrzymów do Ziemi Świętej”, stając się jego pierwszym mistrzem. Papież Paschalis II zatwierdził regułę zakonu w 1113 roku i tym samym powstał pierwszy zakon rycerski, Zakon Szpitalników, który miał sprowadzić do Europy instytucję szpitali. Zakon w bardzo krótkim czasie stał się jedną z najbardziej wpływowych instytucji w ówczesnej Europie ale jego członkowie nigdy nie zapomnieli o skromnych początkach na jerozolimskim mauristanie, gdzie zbudowali monumentalny szpital.

Akka

         Głównym portem nowego Królestwa Jerozolimskiego była Akka, którą król Baldwin I zajął w 1104 roku przy wsparciu floty genueńskiej. Po tym zwycięstwie kupcy z Amalfi, jako drudzy po Genueńczykach, otrzymali fragment miasta gdzie mogli wytyczyć części handlowe oraz mieszkalne. Wraz z nimi swój fragment miasta otrzymali kupcy z Wenecji, Marsylii oraz Joannici, którzy oczywiście zbudowali ogromny szpital. Po krótkim czasie swoje części dostali też kupcy z Pizy oraz członkowie drugiego nowo powstałego zakonu rycerskiego, Templariusze. Wszystkie te grupy musiały wspólnie funkcjonować na stosunkowo małej powierzchni przez niemal cały 12ty wiek. Dzisiaj na turystycznej mapie Akki możemy zobaczyć ślady tej obecności. Amalfi ma swój mały skwerek w południowo-wschodniej, portowej części starówki, między skwerami Wenecji i Pizy.



         Ostatecznie kupcy amalfiańscy przenieśli się z Jerozolimy do Akki w 1178 roku czyli dziewięć lat przed odbiciem obu miast z rąk chrześcijan przez Saladyna. W utworzonym po trzeciej krucjacie, dowodzonej m.in. przez Ryszarda Lwie Serce, Królestwie Jerozolimskim sytuacja zmieniła się zasadniczo. Akka jako stolica królestwa zyskała na znaczeniu i stała się za ciasna dla licznych społeczności kupieckich. Nie było już w niej miejsca dla kupców z Amalfi. Dzielnicę Amalfi zajęli prawdopodobnie Pizanie, jego odwieczni wrogowie i konkurenci, kończąc w ten sposób obecność najstarszej morskiej republiki włoskiej w Ziemi Świętej. 

wtorek, grudnia 28

Moja trzecia świąteczna ryba

Tak oto skosztowałem po raz kolejny nowej (dla mnie), tradycyjnej strawy świątecznej przy stole wigilijnym – dorsza. Portugale dumni są ze swojej dorszo-żerności i to właśnie ta ryba jest serwowana jako niemięsne danie główne 24go grudnia. Jako, że jest to wydarzenie niebagatelne zebrały mi się w głowie myśli o innych przerwach w świątecznych dostawach karpia do mojego żołądka.
Pierwszy raz karpiowi drogę zablokował indyk a działo się to w Anglii, wśród Irlandzkich Katolików. Jako że indyk to nie ryba nie będę o nim pisał więcej niż tylko to, że to właśnie ten duży ptak z rodziny kurowatych stanął na drodze karpia jako pierwszy. Po tym brutalnym, indyczym ataku przez lata nie działo się podczas moich Świąt Bożego Narodzenia nic odbiegającego od polskiej normy. Tłusty karp w różnych formach wrócił, wydawać się mogło na dobre. Ależ nic bardziej mylnego! Po kilku latach przyszedł czas na krainę małą, kłopotliwą i tajemniczą, gdzie chrześcijańskie zwyczaje trwają niczym wysepki wśród bezkresu islamskiego morza. Z tym bezkresem być może mała przesada gdyż Kosowo jest trochę mniejsze niż województwo świętokrzyskie i o bezkres czegokolwiek tam trudno. Jest jednak faktem, ze zdecydowana większość społeczności je zamieszkującej to Muzułmanie. W Prizren dźwięk muezina roznosi się z ponad czterdziestu meczetów – w tym z największego w całym Kosowie – Sinan Pasha.



Nie przeszkadza to istnieniu w tym mieście najliczniejszej społeczności katolickiej Kosowa, której członkowie modlą się w Katedrze Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Wśród historycznych postaci wywodzących się z prizreńskich katolików najpopularniejszą jest niewątpliwie Anjezë Gonxhe Bojaxhiu, znana bardziej jako Matka Teresa z Kalkuty.
Wśród tej społeczności miałem okazję spędzić Boże Narodzenie kilka lat temu i wtedy też pośród potraw świątecznych pojawił się pierwszy „właściwy” zmiennik karpia – pstrąg. Pstrąg to zdecydowanie moja ulubiona ryba a do tego matka Roberta (kolegi, który zaprosił mnie na wigilię) przygotowała ją w tradycyjny – tajemniczy sposób. Ryba była wspomagana przez inne, wegetariańskie potrawy. Jednym z niewątpliwych zwycięzców była sarma, czyli tradycyjny, turecki (tego nie przypominać proszę nikomu na Bałkanach!) przysmak, który my po małych modyfikacjach ochrzciliśmy w Polsce jako gołąbki. Różni się ona od naszej wersji rozmiarami – bałkańskie są mniejsze – oraz liśćmi – korzystają tam z liści kapusty ukwaszonej.
Dorsz pojawił się w tym roku i w tym triumwiracie przedstawił się nienajgorzej. Rybka to smaczna i bliska narodom znad Bałtyku. Wydaje mi się mimo wszystko, że to jednak nie jest to. Że coś mi w tej rybnej karuzeli nie pasuje...
Pstrąg to moja ulubiona ryba. Przesmaczna, delikatna i nie męcząca nadmierną ilością ości. Dorsz od dzieciństwa kojarzy mi się z wakacjami nad Morzem Bałtyckim ale święta powinny chyba być pod patronatem karpia. Ryba rybie nie równa i każda winna mieś swój czas i okoliczności jej sprzyjające. Niech więc Boże Narodzenie pozostanie czasem karpia!!!

sobota, grudnia 11

Z kresów na Kresy cz. 4 (zaduma)

Anne Applebaum w pięknej książce opisującej dzieje dawnych polskich Kresów zaznacza wyraźną różnicę między pograniczem (na zachodzie) a Kresami (na wschodzie). Pierwsze jest jasno wytyczone, drugie tajemnicze. Po przekroczeniu pogranicza wiadomo na kogo natrafimy. Od zarania dziejów był to koniec Słowiańszczyzny i początek ziem germańskich. W przypadku Kresów kończy się znany nam świat i zaczyna coś niezbadanego, tajemniczego…
Dzisiaj gdy słyszymy słowo kresy od razu nasuwają się na myśl ziemie utracone po wojnie. Samo słowo ma jednak inne, klasyczne znaczenie. Kres to „koniec czegoś”, „granica”. Kres ziem polskich ale także kres ziem rosyjskich. Na język rosyjski kresy tłumaczy się jako oкраина. Jako żywo pasuje to do nazwy Ukraina. Historycznie termin ten oznaczał krainę geograficzną a od XX wieku także byt polityczny. Stolicą Ukrainy jest Kijów ale kuźnią świadomości narodowej Ukraińców jest Lwów. To właśnie w tym mieście utworzono pierwszą katedrę języka ukraińskiego, co przyspieszyło proces kształtowania się tej świadomości. Rewelacje historyczne dotyczące "prawdziwej" historii miasta i ludzi z nim związanych, którymi dzieliły się ze mną koleżanki-Lwowianki mogą służyć za dowód na to, jak mocno rozbudowana jest już świadomość narodowa młodych ludzi na Zachodniej Ukrainie, której Lwów jest historyczną stolicą. 
       Moja podróż z kresów na Kresy miała też na celu odnalezienie jakiegoś sposobu połączenia Lwowa z Poznaniem. Czy są jakieś wspólne akcenty tych miast? Jakieś "mosty" między nimi?
Skupiając się na ludziach i rezultatach ich pracy można znaleźć kilka przykładów wpływu Lwowa na Poznań. Władysław Orlicz i Andrzej Alexiewicz (przedstawiciele lwowskiej szkoły matematycznej na Uniwersytecie Poznańskim); Jan Sajdak (współtwórca poznańskiej szkoły filologicznej); Władysław Czarnecki (czołowy architekt przedwojennego i powojennego Poznania, w tym Powszechnej Wystawy Krajowej, na której to Lwów, jako jedyne polskie miasto, miał swój pawilon). W dziedzinie architektury transfer odbywał się również w drugą stronę. Zygmunt Gorgolewski po realizacji swoich projektów w Poznańskiem udał się do Lwowa gdzie zaprojektował dzieło swojego życia, Operę Lwowską. Innym przykładem niech będzie urodzony w Poznaniu Juliusz Hochberger, architekt gmachu sejmu galicyjskiego, w którym dzisiaj mieści się Uniwersytet Lwowski. W przypadku kultury nie sposób pominąć legendarnej aktorki Teatru Nowego w Poznaniu, Lwowianki, Krystyny Feldman. To oczywiście tylko kilka przykładów "więzi" Lwowa z Poznaniem. Wszystko zależy od tego co jest dla poszukiwacza najważniejsze. 
Ciekawą sprawą jest nadawanie nazw ulicom. Jest to swego rodzaju deklaracja, ekspresja podejścia do danej osoby, wydarzenia, miejsca. W dzisiejszych czasach wachlarz możliwości wydaje się być bardzo ograniczony. Dokładne przyczyny tego ograniczenia są trudne do ustalenia. W ponad tysiącletniej historii Polski nie brakuje przecież ciekawych postaci (rycerzy, żołnierzy, artystów, dyplomatów, naukowców,etc.), wydarzeń (bitew, układów, deklaracji, konfederacji, etc.) czy miejsc, których nazwy mogłyby być nadawane nowym ulicom, skwerom, placom, mostom.  Wydaje się jednak, że dziś wszystkie opcje z historii są już wyczerpane. Czy aby na pewno?
Ulicy Lwowskiej w Poznaniu niestety nie ma od II wojny, a we Lwowie dawna ulica Poznańska to dziś Tarnopolska. Ja to czego poszukiwałem podczas swojej podróży znalazłem w Warszawie, gdzie ulica Lwowska łączy się z Poznańską tworząc w ten sposób symboliczny most z Kresów na kresy. 

czwartek, grudnia 9

Lwów לעמבערג Lemberg Львів Львов Leopolis cz.3

Pierwszego poranka słońce rozjaśniło ulicę Pola Wincentego i jak tylko wyszliśmy z bramy nr 7 ujrzeliśmy nr 10.


Od tego momentu zaczęły się trwające przez resztę pobytu w mieście poszukiwania akcentów z przeszłości. Każdy przejaw naszej ekscytacji pacyfikowany był przez lokalnych znajomych.

- Piękny dworzec tu macie - mówię do Marii.
- No wiesz, to jest Architektura przez duże A!
- A wiesz kto go zaprojektował? - pytam. 
- Tak, jakiś Czech!


       Prawda jest jednak taka, że ten „Czech” nazywał się Władysław Sadłowski i był Polakiem. Postanowiliśmy więc, że rozmowy z naszymi gospodarzami dotyczące przeszłości miasta i pochodzenia jego mieszkańców ograniczymy do minimum, (wiedzę tę zawsze można uzupełnić w bibliotece) a skupimy się fotografowaniu.









wtorek, listopada 23

Z kresów na Kresy cz.2 (Wyprawa)

Myśl była gotowa i urodziło się solidne postanowienie ale nie oznaczało to, że podróż odbędzie się natychmiastowo. Na sam wyjazd miałem poczekać jeszcze mniej więcej dwa lata i zanim do niego doszło wydarzyło się coś co zmieniło mój sposób myślenia o Lwowie i Ukrainie. Arenom  tych wydarzeń był Nowy Sad, stolica Wojwodiny.




        Do Międzynarodowej szkoły serbskiego języka, historii i kultury zjechało dużo ludzi z wszystkich kontynentów. Największą jednak grupą etniczną byli Słowianie. Ciekawie, może nawet i trochę symbolicznie porozkładały się role poszczególnych osób. Ja (Polak) dzieliłem pokój z Maxem (Niemiec), który to pokój stał się przyjemną przystanią dla Ukrainek i Rosjan, którzy spędzali u nas niemal każdy wieczór… Oooj, szalone były niektóre wieczory ale nie o szkole będę w tym miejscu się rozpisywał tylko o moim pierwszym kontakcie z młodymi Lwowianami, a dokładniej Lwowiankami.  Wydawało mi się, że skoro jesteśmy młodzi, wykształceni i nie zatruci mentalnością ze starego systemu, zrozumiemy się bez większych komplikacji. Oj naiwności!!! Jak bardzo się pomyliłem. Szturm najróżniejszych konfiguracji rosyjsko-ukraińskich trwał niemal do końca trwania szkoły. Dowiedziałem się od wschodnich koleżanek, że Lwów był od zarania dziejów czysto ukraińskim miastem, że Matejko, Skłodowska czy Kościuszko z Polską nic wspólnego nie mieli i tak generalnie to od zawsze na zachód od Ukraińców Niemcy żyli. Oczywiście niefart mój polegał na tym, że poznałem mało plastyczne charaktery i osoby niewłaściwe do rozmowy o historii. Zaznaczyć muszę też, że z wszystkimi rozmówcami utrzymuję przyjacielskie stosunki i nie ma urazy ani niechęci po żadnej stronie. Co zostało w mojej głowie po zakończeniu szkoły, to pełna determinacja do sprawdzenia Lwowa. Tak jak pociąg z Krakowa do Poznania był miejscem, gdzie zapadła decyzja to Nowy Sad był już katapultą na Kresy.
Z kresów na Kresy najlepiej dostać się pociągiem trasy Szczecin – Przemyśl, zwanym czasem polskim transsyberiakiem bo jest chyba najdłuższą trasą PKP. Po dojechaniu na miejsce zdecydowaliśmy się rozprostować kości i rozgrzać stawy spacerując po starówce Przemyśla (jakaż to perełka na polskiej mapie!!!).


Miniautobusy jeżdżą z dworca do przejścia Medyka – Шегині za kilka złotych a kolejne kilka złotych kosztuje marszutka z granicy do Lwowa. Trochę przystanków po drodze, gdzie niegdzie dziura, która wydawać się może, że niejedno podwozie w samochodzie czy autobusie już wyrwała i jesteśmy na przedmieściach Lwowa, a po kilkunastu minutach przed dworcem głównym.



Misję ugoszczenia Laszków podjęła Ярина, jedna z nowosadzkich koleżanek i wywiązała się z niej fantastycznie. Zakwaterowaliśmy na ulicy Дороша. Przed wojną nazywała się ulicą Pola Wincentego, twórcy polskiej geografii akademickiej. Mieszkanie pod numerem 7 na parterze było bardzo przytulne choć jeden jego element troszkę niepokoił. Był to ogromny piec w narożniku salonu, który powinien był działać na drewno ale był przerobiony na gazowy. Jak się później okazało, system gazowo-drewniany działa w ten sposób od czasów Austrowęgierskich. Dziś każdy Lwowiak jest perfekcyjny w regulacji ciśnienia gazu w piecach na drewno. Moja pierwsza próba uruchomienia go zakończyła się spalonymi brwiami ale już przy następnych opanowałem ten manewr. Spędziliśmy w lokalu na Pola dwie noce. Już pierwszego wieczoru okazało się, że 50 metrów dalej znajdują się kluby nocne, w których bawią się ludzie młodzi z kraju i zagranicy. Pikanterii dodawał lokal mieszczący się między naszym mieszkaniem a klubami – komenda milicji – przed którym stała grupka milicjantów czyhających na nazbyt szczęśliwych i ciut za głośnych turystów. Oczywiście my też wpadliśmy w ich sidła, kiedy to Jacek w chwili uniesienia wypowiedział słowo, które pisze się przez CH i jest całkiem znane na Ukrainie. Okrążeni przez krzyczących, sporych panów w mundurach i o wściekłych oczach stanęliśmy w obliczu nocy w areszcie – taką karę prognozowali nam milicjanci. Po chwili okazało się, że był to swoisty system podbijania stawki i musieliśmy po prostu wspomóc finansowo ukraińskich stróży prawa. Jako, że było ich pięciu wyznaczyli nam kwotę dotacji na $5. Po uregulowaniu należności nie było już krzyków i oczo-grzmotów ale uśmiechy i dobre rady…
Można myśleć różne rzeczy o takim sposobie utrzymywania porządku i spokoju na ulicach ale fakt pozostaje taki, że nie słyszy się w centrum Lwowa paskudnych krzyków, tłuczonych butelek czy innych, jakże znanych w polskich miastach, niemiłych dźwięków. Pierwszy wieczór spędziliśmy w jednym z klubów ciesząc się z całkiem intensywnych przygód pierwszego dnia. Plany na dzień następny były proste – sprawdźmy polskość miasta.